Fundacja głos dla życia

adv
adv
adv
adv

„Chodzi o prawa reprodukcyjne kobiet”

Jestem przeciwnikiem aborcji, ale…

drugiej połowie XX w. zaczęły się coraz częściej pojawiać w międzynarodowym dyskursie polityczno-społecznym określenia „prawa reprodukcyjne” kobiet albo „zdrowie reprodukcyjne” kobiet (w tekście oba terminy traktujemy jako bliskie znaczeniowo). Wyrażenia te były pokłosiem pomysłów Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) oraz konferencji organizowanych pod auspicjami ONZ w Teheranie (1968), Kairze (1994) i Pekinie (1995).
Czego dotyczą?
Podczas konferencji usiłowano wypracować rozumienie „praw reprodukcyjnych”, wskazując, co się na nie składa. Podkreślano, że mają one charakter uniwersalny i są przedłużeniem… praw człowieka. „Prawa reprodukcyjne” i „zdrowie reprodukcyjne” zaczęły coraz częściej występować nie tylko w dokumentach międzynarodowych instytucji typu ONZ czy UE ale także w ustawodawstwie poszczególnych państw. Na stałe zagościły w języku feministycznych, lewicowych i „postępowych” organizacji, np. Fundacji Forda, Banku Światowego czy „Population Council”.
Promotorom „praw” i „zdrowia reprodukcyjnego” nie udało się do tej pory wypracować jednego standardu znaczeniowego, choć bardzo o to zabiegają. Nie udało im się też wypracować wspólnych, międzynarodowych norm w tym względzie. O co jednak chodzi?
Mówiąc najogólniej „prawa reprodukcyjne” dotyczą ludzkiej płodności i seksualności.
W dokumencie feministycznej Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny możemy przeczytać: „Zdrowie reprodukcyjne oznacza zatem, że ludzie mogą prowadzić satysfakcjonujące i bezpieczne życie seksualne oraz że mają zdolność do reprodukcji, jak również swobodę decydowania, czy, kiedy i ile chcą mieć dzieci”. Właściwie do tego momentu możemy się zgodzić.
Ukryte zabijanie dzieci poczętych
Problem się zaczyna, gdy wnikamy głębiej w znaczenie rzekomo neutralnych terminów „prawa” i „zdrowie reprodukcyjne” . Są on bardzo pojemne. Obejmuje rzeczy, które są bezsporne, np. prawo do należytej opieki zdrowotnej w obszarze reprodukcji, dostęp do wiedzy w zakresie ludzkiej seksualności i rozrodczości, zakaz przymusowego okaleczania narządów płciowych (np. różnych form obrzezania kobiet).
Natomiast kontrowersyjną i budzącą sprzeciw wielu środowisk (także medycznych) jest promowana w ramach „zdrowia reprodukcyjnego” antykoncepcja czy sterylizacja. Liczne badania ukazują, że wiele form antykoncepcji poważnie szkodzi zdrowiu kobiety. Lista negatywnych konsekwencji jest długa. Antykoncepcja zwiększa zachorowalność na tak poważne choroby jak: nadciśnienie, choroby serca, nowotwory piersi, szyjki macicy, jelita grubego, sutka, choroby naczyń. Za paradoksalne uchodzi więc mówienie o „zdrowiu reprodukcyjnym”, którego elementem jest upowszechnianie środków antykoncepcyjnych, stanowiących realne zagrożenie nie tylko dla zdrowia lecz nawet życia kobiety.
Ale „prawa reprodukcyjne” kryją coś jeszcze: nieograniczony dostęp do tzw. „legalnej i bezpiecznej aborcji”. Jest ona promowana – choćby przez agendy ONZ w krajach rozwijających się – jako pożądane „narzędzie kontroli narodzin”.
Zostawmy na chwilę dziecko, które jest zabijane w aborcji. W przypadku przerwania ciąży także mamy do czynienia z sytuację paradoksalną. Promowanie aborcji jest sprzeczne z troską o zdrowie (także to reprodukcyjne) kobiety – występowanie syndromu post-aborcyjnego, przypadki bezpłodności, zwiększone ryzyko zachorowalności na poważne schorzenia są tego najlepszym dowodem.

czytaj więcej w wydaniu papierowym

zamów prenumeratę

* cena brutto + koszt dostawy